Krwawa „Omaha”

II wojna światowa stanowi idealny temat dla większości filmów wojennych. Każdy z nas zapewne oglądał „Szeregowca Ryana”. Nie tylko te osoby interesujące się historią ale także wielbiciele dobrego batalistycznego kina. Wielka epicka opowieść o grupie amerykańskich żołnierzy walczących w Normandii w czerwcu 1944 r. w reżyserii Stevena Spielberga, ze świetnymi zdjęciami Janusza Kamińskiego na stałe zapisała się w historii kina wojennego. Przedstawione w filmie wydarzenia są po części prawdziwe i fikcyjne. Wynika to konwencji stworzonej przez twórców filmu. Mimo tego film pokazuje dramatyzm tamtych wydarzeń, męstwo, poświęcenie i emocje żołnierzy biorących udział w walkach. Zgodnie z powiedzeniem, że życie tworzy najlepsze scenariusze niniejszy artykuł jest przedstawieniem prawdziwego obrazu wydarzeń jakie miały miejsce na normandzkiej plaży oznaczonej kryptonimem „Omaha”.

Ranek 6 czerwca 1944 r. Po wielu przygotowaniach wielka armada alianckich okrętów znalazła się u wybrzeży Normandii, w północnej Francji. Rozpoczynała się wielka operacja desantowa mająca na celu otwarcie II frontu w Europie. Zgodnie z alianckimi planami poranny desant oddziałów inwazyjnych poprzedziło lądowanie spadochroniarzy z trzech dywizji – amerykańskich 82 i 101 i 6 brytyjskiej. Ich zrzut nastąpił w nocy z 5 na 6 czerwca. Kiedy barki desantowe zbliżały się do wyznaczonych plaż spadochroniarze od kilku godzin prowadzili walkę z oddziałami niemieckimi.

Operacja „Overlord” zakładała, że na 5 normandzkich plażach wylądują oddziały amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie. O godz. 6.30 miał nastąpić desant oddziałów amerykańskich na plażach „Utah” i „Omaha” a o 7.30 na „Gold”, „Juno” i „Sword” miały lądować oddziały brytyjskie i kanadyjskie. Lądowanie wojsk inwazyjnych poprzedził ostrzał z morza prowadzony przez okręty alianckie oraz bombardowanie niemieckich pozycji. Gdy trwał ostrzał barki desantowe z żołnierzami pierwszego rzutu zbliżały się do plaż inwazyjnych. Korespondent wojenny Robert Capa, który towarzyszył żołnierzom kompanii E 16 Pułku Piechoty w drodze na plażę „Omaha”, wspominał: „Od wybrzeża Normandii dzieliło nas jeszcze kila mil, kiedy do naszych uszu dotarł pierwszy charakterystyczny odgłos wystrzałów. Skuliliśmy się w cuchnącej wymiocinami wodzie na dnie barki i przestaliśmy patrzeć na zbliżającą się linię brzegową”. Sierżant Gray ze 116 Pułku, również płynący na plażę „Omaha” wspomina, kiedy jego barka minęła pancernik „Texas”: „Zobaczyliśmy błysk, potem usłyszeliśmy ryk pocisku nad głową, potem huk, gdy opuszczał wylot lufy, następnie zobaczyliśmy płomień na brzegu, a w końcu usłyszeliśmy eksplozję. Wszystko to  sprawiało niesamowite wrażenie”.

            Jednak po drugiej stronie, na plażach, wśród niemieckich żołnierzy nie było widać entuzjazmu. „W wyniku ciężkiego ostrzału artyleryjskiego cała broń na pozycjach polowych została zniszczona lub ciężko uszkodzona. – donosił meldunek ze sztabu 352 Dywizji Piechoty – Większość ziemnych punktów umocnionych, mieszczących posiadaną przez dywizję broń dużego kalibru, uległa zniszczeniu”. Żołnierze w betonowych bunkrach i w okopach przeżywali podczas ostrzału straszliwe chwile. Ziemia drżała przy każdej eksplozji, wytwarzającej falę uderzeniową, która mogła zmiażdżyć płuca. Do wnętrza bunkrów wdzierały się chmury kurzu i odprysków kamieni, kalecząc i dusząc załogi. Fruwające szczątki przesłaniały wszystko z wyjątkiem rozgrzanych do czerwoności odłamków szrapneli. Pył i kurz wciskały się w każdą szczelinę, grzebiąc żołnierzy żywcem w bunkrach. Nieustanny grzmot wybuchów stopniowo łamał ducha, aż nogi zaczynały się trząść, a ludzie wypróżniali się ze strachu. Każdej eksplozji towarzyszył oślepiający błysk, a potem ognisty podmuch, który wyciskał powietrze z płuc i rozrywał ciała, zamieniając najbliższych towarzyszy w ohydne okaleczone szmaciane lalki. „W kierunku naszych pozycji oddawano salwę za salwą. – wspominał szeregowy Franz Gockel, obsługujący karabin maszynowy w bunkrze nad plażą „Omaha” – Otoczyły nas kłęby dymu i pył. Wokół trzęsła się ziemia. Oczy i uszy wypełniły się pyłem. Między zębami zgrzytał piach. Nie mogliśmy liczyć na żadną pomoc. (…) Kuliliśmy się za naszymi karabinami, słabi i bezradni. Modliłem się, żeby dane mi było przeżyć. (…) Potem morze jakby ożyło. Do brzegu szybko zbliżały się łodzie desantowe i szturmowe. Przez dym i pył przedarł się do mnie kolega i krzyknął: „Franz, patrz! Nadchodzą!”.

Miejscem gdzie Niemcy mogli powstrzymać inwazję była właśnie plaża „Omaha”. Niemieckie fortyfikacje umieszczono na nadmorskiej skarpie gdzie znajdowały się stanowiska dział i karabinów maszynowych. Kolejnym czynnikiem działającym na korzyść Niemców były oddziały broniące plaży. Wywiad aliancki ustalił, że ten odcinek wybrzeża będzie bronić 716 Dywizja Piechoty o niewielkiej wartości bojowej. Lądujące oddziały spotkała jednak przykra niespodzianka. Plaży „Omaha” broniły oddziały 352 Dywizji Piechoty mającej duże doświadczenie bojowe. Co prawda wywiad aliancki ustalił, że ta jednostka stacjonowała w Normandii ale daleko od wybrzeża, w rejonie St. Lo i Caumont. Dywizja została, na rozkaz feldmarszałka Rommla, przesunięta w marcu 1944 r. w rejon plaży „Omaha” o czym nie wiedzieli Alianci. Tak więc w dniu desantu Amerykanie spodziewali się słabego oporu dwóch batalionów, napotkali jednak aż osiem batalionów piechoty zaprawionych w boju.

Plażę „Omaha” miały szturmować oddziały z 16 Pułku 1 Dywizji Piechoty i 116 Pułku 29 Dywizji Piechoty. Plażę podzielono na osiem sektorów. Przed planowanym desantem piechoty na plażę miały wyjechać czołgi Sherman DD, których zadaniem miało być wsparcie lądujących oddziałów. 16 barek z czołgami o świcie rozdzieliło się na dwie grupy po 8 jednostek i skierowały się w stronę plaży. Przedwcześnie jednak wydano rozkaz aby rozpocząć wyładunek czołgów w odległości 800 m od brzegu. Skończyło się to fatalnie gdyż silny wiatr i powstające przy tym duże fale spowodowały, że czołgi zaczęły tonąć. Z 32 czołgów zatonęło 27 w ciągu 3 minut. Tak więc oddziały nie miały wsparcia przy lądowaniu. Do plaży dotarły tylko 2 czołgi a 3 następne zostały wyładowane z barek wprost na brzeg gdyż miały uszkodzone poszycie uniemożliwiające samodzielne dotarcie do plaży.

Pomimo silnego ostrzału z morza i bombardowania lotniczego umocnienia niemieckie na plaży „Omaha” nie zostały naruszone. Korzystając z tego, ostrzał wyraźnie osłabł, niemieccy żołnierze wyczołgali się ze schronów i pobiegli z powrotem na stanowiska bojowe. Rozpoczęła się gorączkowa krzątanina wśród punktów umocnionych. Żołnierze kopali w pośpiechu, by oczyścić strzelnice bunkrów, zasłonięte przez hałdy piasku. Strzelcy osadzali karabiny maszynowe na podstawach i ustawiali w pobliżu skrzynki z amunicją. Piechurzy układali granaty na parapetach i w napięciu obserwowali nadpływające alianckie jednostki. Obrońcy przygotowywali się na odparcie ataku. Zbliżające się barki obserwował porucznik Frerking w jednym z bunkrów nad plażą. Odłożył lornetkę i podniósł słuchawkę. Zaczął podawać współrzędne artylerzystom znajdującym się kilka kilometrów w głębi lądu: „Cel – Dora, wszystkie działa, odległość cztery – osiem – pięć – zero, podstawowy kierunek dwadzieścia plus, zapalnik uderzeniowy”.  W tym samym czasie barki zbliżały się do plaży…

Obserwując plażę z pokładów barek desantowych żołnierze nie zauważyli żadnych oznak aktywności wroga. „Kiedy płynęliśmy w stronę plaży, nie widzieliśmy ani śladu życia czy oporu. – wspomina porucznik John Spaulding z 16 Pułku – […] zobaczyliśmy konstrukcje, które wyglądały jak bunkry, kilka domów i wieżę kościoła w Vierville. Panowała absolutna cisza, taka cisza, że aż było to podejrzane”. Większość żołnierzy była przekonana, że intensywny ostrzał z morza i bombardowanie lotnicze zniszczyło całkowicie niemieckie fortyfikacje. Mylili się jednak. Gdy barki desantowe z pierwszym rzutem zbliżyły się do plaży niemiecka obrona nagle „ożyła”… Porucznik Frerking krzyknął do słuchawki telefonu: „Cel Dora – ognia” i cała bateria otworzyła ogień. Plutonowy Hein Severloh w bunkrze  przycisnął kolbę do prawego ramienia, by złagodzić odrzut i nacisnął spust swego MG 42. Była godzina 6.30…

„Opuścili rampę – wspominał porucznik Joe Smith – a wtedy jeden czy dwa niemieckie karabiny maszynowe otworzyły ogień i tuż przed naszą łodzią trysnęły fontanny piasku. Nikt się nie ruszył. Wtedy podniósł się sternik, krzyknął i nie wiadomo dlaczego, przez chwilę zrobiło się zupełnie cicho – jego głos słychać było jak bicie dzwonu. Zawołał: Na miłość boską, chłopaki, wysiadać! Muszę płynąć po następny transport”. W pierwszym rzucie na plaży znalazły się cztery kompanie z 16 Pułku Piechoty i z 116 Pułku. Od razu lądujące oddziały znalazły się pod bardzo silnym ogniem dział i karabinów maszynowych. „Wpłynęliśmy na mieliznę – wspominał mat Sears – opuściliśmy rampę, a potem znaleźliśmy się w piekle. Żołnierze na łodzi zostali zasypani gradem pocisków. Od razu na początku zginął porucznik piechoty – został trafiony w głowę”. Kompania A 116 Pułku została zdziesiątkowana przy lądowaniu. „Jakby to był znak, na który czekał nieprzyjaciel, – wspomina szeregowiec Howard Gresser z kompanii A – pochylnie znalazły się natychmiast w krzyżowym ogniu z broni automatycznej, który był bardzo celny i gęsty. Dosięgnął łodzi na obu końcach plaży. Kompania A planowała wysiadać z łodzi w trzech szeregach, najpierw środkowy szereg, a potem flanki. Z początku ludzie próbowali utrzymać porządek. Gdy tylko wskoczyli z barek, pogrążyli się w wodzie. Wtedy zapanowało zamieszanie. Ludziom wydawało się, że jedyny sposób, by dotrzeć bezpiecznie do  brzegu, to skoczyć do wody głową w dół”. To samo stało się z kompanią 2 Batalionu Rangersów kpt. Goransona, która miała wspierać działania 116 Pułku. Z wyjątkiem kompanii A 116 Pułku, żadna jednostka nie wylądowała tam, gdzie miała wylądować. „Zapanował kompletny chaos – wspominał jeden z żołnierzy – bo Niemcy całkowicie kontrolowali teren desantu”.  Połowa kompanii E 116 znalazła się ponad kilometr od celu, a druga – ponad dwa kilometry na wschód od wyznaczonego sektora. Kompania F poniosła duże straty od ognia niemieckich karabinów maszynowych. Pewien amerykański żołnierz wspominał: „Nie myślałem, że kiedykolwiek będę o tym opowiadał. Nie myślałem, że istnieje sposób, by wydostać się z tej plaży i przeżyć. Naprawdę myślałem, że to ostatni dzień mojego życia”. Barki wiozące żołnierzy  kompanii G na skutek prądu morskiego zdryfowały i znalazły się dokładnie naprzeciwko potężnych bunkrów. Pozwoliło to broniącym się tam Niemcom skoncentrować na nich ogień karabinów maszynowych i moździerzy. „Gdy opadła rampa, dosięgnął nas ogień karabinów maszynowych. – wspomina sierżant Lee Poleka ze 116 Pułku – Zawołałem do ludzi, żeby się przygotowali, bo popłyniemy i będziemy walczyć. Nasza łódź znalazła się pod bezpośrednim ostrzałem. Trzej dowódcy mojej drużyny i ci, co byli na przodzie, oberwali. Paru ludzi wyskoczyło za burtę. Dwaj marynarze zostali trafieni. Znalazłem się po kostki w wodzie, usiłowałem biec, ale woda nagle sięgnęła mi do bioder. Dopadłem stalowej zapory na plaży i ukryłem się za nią. Waliły w nią kule, inne trafiły w moich ludzi. Przebyłem plażę, podpełzłem pod kamienisty nasyp, tam przyłączyło się do mnie paru moich żołnierzy. Policzyłem – pozostało nas tylko jedenastu z trzydziestki na łodzi. Kiedy rozpoczął się przypływ, zawróciliśmy i pobiegliśmy ku linii wody, by zabrać rannych. Niektórzy z leżących na plaży zostali ponownie trafieni. Pod nasypem tłoczyło się coraz więcej ludzi. Coraz więcej też było rannych na skutek ostrzału. Staraliśmy się sobie nawzajem pomagać”. Większość oficerów została zabita bądź ciężko ranna. Dowodzenie musieli przejąć podoficerowie ale i oni nie mieli możliwości kontynuowania natarcia w głąb lądu z powodu wysokich strat. „Wszelka myśl o dalszym posuwaniu się naprzód została porzucona. Tylko kilku ludzi nadal było uzbrojona, a tylko kilka z tych karabinów, zapchanych mokrym piaskiem, nadawało się do użytku. Nie było dowódców, którzy mogliby wydawać rozkazy, więc żadnych nie wydawano. Każdy podejmował własne decyzje”.

Lądowanie 16 Pułku przypominało lądowanie „sto szesnastego”. Pomimo, że pułk miał za sobą duże doświadczenie bojowe (walczył w Afryce Północnej i na Sycylii) poniósł duże straty, zwłaszcza na odcinku 200 m otwartej plaży. „Gdy pierwsze stłoczone na łodziach oddziały desantowe zaczęły zeskakiwać do wody, jedni [żołnierze] wpadali po kolana, inni po pachy.  – wspomina szeregowy Franz Gockel prowadzący ogień do Amerykanów z bunkra na urwisku – Już po kilku sekundach pierwsza fala oddziałów szturmowych załamała się, pokonawszy tylko kila metrów. Łodzie szturmowe pozbawione dowódców chybotały się na wodzie i pływały bez celu w tę i z powrotem”.

Podobnie jak 116 Pułk z 29 Dywizji, 16 Pułk wylądował również w całkowitej rozsypce, poza jedną kompanią która zeszła na brzeg w całości. Lądujące oddziały od razu znalazły się pod silnym ogniem niemieckich dział, moździerzy i karabinów maszynowych. O intensywności i sile niemieckiego ognia może świadczyć fakt, że jeden ze strzelców, obsługujących karabin maszynowy, dowodzonych przez porucznika Frerkinga sam wystrzelił tego ranka dwanaście tysięcy pocisków. Tak jak u 116, większość oficerów pułku zginęła lub została ciężko ranna. „Pokonałem zaledwie krótki odcinek, gdy za mną znaleźli się trzej albo czterej żołnierze. – wspomina szeregowiec Warren Rulien z 16 Pułku – Wrzasnąłem: „Nie zbijać się w grupy!” i ruszyłem naprzód [...]. Pochyliłem się w wodzie, jak tylko mogłem, aż dotarłem na mieliznę i przeczołgałem się przez nią na brzuchu [...]. Na brzegu siedzieli oficerowie – kompletnie ogłupiali. Żaden z nich nie objął dowodzenia”. Żołnierze, szukając osłony przed ogniem, kryli się za zaporami bądź za wałem ochronnym. Robert Capa, korespondent wojenny, płynący wraz kompanią E z 16 Pułku na plażę „Omaha” przy pomocy aparatu fotograficznego utrwalił dramatyzm lądowania. Jego fotografie, wykonane z pokładu barki desantowej oraz brzegu, pokazują co widzieli amerykańscy żołnierze, schodzący na ląd na plaży „Omaha”. Na fotografiach zabrakło jedynie ogłuszającego szczęku karabinów maszynowych, eksplozji, krzyków, wyjących silników barek desantowych oraz jęków rannych, przeplatających się z szumem fal. Jedno ze swoich zdjęć Capa tak opisał: „Na pierwszym planie mojego zdjęcia, zrobionego pod ostrym kątem, widać mokre buty i zielone twarze. Ponad butami i twarzami fotografię wypełnia dym szrapneli; płonące czołgi i tonące barki tworzą tło”.

Obraz śmierci i zniszczenia na plaży „Omaha” wywierały przygnębiające wrażenie na ukrytych pod falochronem żołnierzy. „Było to najbardziej wstrząsające doświadczenie mojego życia. – wspomina sierżant sztabowy Popkin Krekorian  - Mam nadzieję, że nigdy nie przeżyję czegoś podobnego (…). Patrząc za siebie, zobaczyłem resztki batalionu szturmowego, rozrzucone po całej plaży. Ludzie unosili się na wodzie, twarzą do góry”. „Miałem niezbite przekonanie, że nadszedł mój czas, że nie wyjdę z tego żywy. – wspomina sierżant Francis Murray z 1 Dywizji – Pamiętam, że nawet nie odskakiwałem, kiedy spadały pociski moździerzowe. Myślałem po prostu, że to koniec świata, więc nie ma się czym przejmować”.

Sytuacji oddziałów nie zmieniło przybycie o godz. 7.00 drugiego rzutu. „[...] nadpłynął drugi rzut desantu. Ponownie otworzyliśmy ogień. – wspomina szeregowy Gockel – Plaża pokryła się ciałami zabitych, rannych i szukających schronienia żołnierzy. Dobiegali do niskiego kamiennego wału, ale tylko przez chwilę zyskiwali osłonę, na którą tak liczyli. Obsługa naszych moździerzy tylko czekała na tę chwilę i rozpoczynała śmiercionośny ostrzał zgodnie z wcześniej ustalonymi koordynatami wzdłuż wału. Pociski moździerzowe z zapalnikami kontaktowymi wybuchały, trafiając w cel. Odłamki, fragmenty muru i kamienie wywoływały poważne straty w ludziach. Ataki rozbijały się o naszą obronę”. Pod Vierville niemieckie działa zatopiły większość barek desantowych. Żołnierze ratowali się, płynąc  do wpław, ale nie mieli broni i amunicji. Na domiar złego na plaży powstał zator, spowodowany przez lądujący ciężki sprzęt. „Nieprzyjaciel szuka osłony za przeszkodami przybrzeżnymi. – donosił meldunek jednego z niemieckich dowódców – Bardzo dużo pojazdów – wśród nich dziesięć czołgów – płonie na plaży. Ekipy usuwające przeszkody przerwały swoją działalność. Wyładunek z barek desantowych został wstrzymany, barki trzymają się z dala od brzegu. Ogień naszych punktów umocnionych i artylerii był dobrze umiejscowiony i zadał przeciwnikowi znaczne straty. Na brzegu leży wielu rannych i zabitych”. Oddziały amerykańskie zaległy na plaży pod ogniem niemieckich karabinów maszynowych.

       Przełom na plaży „Omaha” nastąpił po godz. 8.00, kiedy to udało się zrobić pierwsze przejście w zasiekach. Ponadto na pomoc walczącym oddziałom przyszły niszczyciele, które rozpoczęły ostrzał umocnień niemieckich z bliskiej odległości. Komandor James Semmes na pokładzie niszczyciela „Frankford” wspomniał: „Uświadomiwszy sobie z uczuciem pustki w żołądku, że stanęliśmy w obliczu totalnej klęski, opuściłem wyznaczony obszar i podpłynąłem tak blisko do brzegu jak się dało, aby nie zaryć w dno. Ta dodatkowa mila zapewniła nam lepszą widoczność [...]. Mój oficer artylerii wypatrzył przez teleskop bunkry, gniazda karabinów maszynowych i inne cele [...]. Zaczęliśmy strzelać”.

 „Niszczyciele strzelały na oślep z dział 127 mm w kierunku bunkrów, – wspomniał starszy marynarz O’Neill, który był wtedy na plaży – widać było pociski przelatujące ze świstem nad naszymi głowami i walące w grube cementowe ściany, odbijały się od nich, jednak kilka z nich wpadło przez otwory strzelnicze i wybuchło. Ogień wroga wkrótce ustał”. Porucznik Joe Smith z marynarki, dowódca sektora plaży, pamięta, że widział „niszczyciele płynące prosto w kierunku plaży i strzelające w stronę klifu. Widać było okopy, broń i ludzi wylatujących w powietrze, w miejscach trafienia gdzie trafiły pociski. Celowano tuż pod krawędź klifu, bo tam były okopy. Nie mam żadnych wątpliwości, że tych kilka niszczycieli, które tam wtedy były, uratowały inwazję”. Ostrzał z niszczycieli ułatwił natarcie piechoty. Około 9.00 pierwsze oddziały przebiły się przez obronę niemiecką i wydostały się z plaży. Kompania B 116 Pułku i 5 Batalion Rangersów, ponosząc znaczne straty, opanowała miejscowość Vierville. Dalsze posuwanie się w głąb lądu zostało zatrzymane przez Niemców. Również 16 Pułk zdołał się przebić z plaży i nacierał w kierunku na Saint Laurent. Jednak nie udało się opanować tej miejscowości. Między czasie saperzy oczyścili wyjścia z plaży. Dzięki temu został zlikwidowany zator powstały podczas lądowania pierwszych rzutów i można było wznowić lądowanie kolejnych oddziałów. Sama plaża i znajdujące się tam jednostki były nadal ostrzeliwane przez Niemców.

Po południu na „Omaha” przybyły oddziały 18 Pułku Piechoty z 1 Dywizji i 115 Pułku z 29 Dywizji. Kapitan James Roberts zszedł na plażę o godzinie 17.00. Wspominał: „Kiedy się zbliżaliśmy, dostaliśmy się pod ogień artylerii, dookoła fruwały odłamki. Kilku ludzi dostało […]. Jednocześnie wpadliśmy na mieliznę, a byliśmy nadal około stu metrów od lądu. Zapanowało ogromne zamieszanie i strach, i mówiąc szczerze wpadłem w panikę. Trudno jest wykopać w stalowym pokładzie, a LCI nie daje wiele możliwości schronienia. [...] Na plaży panował kompletny chaos. Przypominało to piekło. Wszędzie leżały ciała, rannymi ktoś się zajmował. Przechodząc obok płonącego czołgu, usłyszałem wrzaski ludzi palących się żywcem, którzy domagali się morfiny. Nic nie mogłem zrobić, zupełnie wytrąciło mnie to z równowagi”. Walki na plaży Omaha trwały dalej. Kompania E 16 Pułku odrzuciła Niemców ku miejscowości Colleville. Przybyłe oddziały 18 Pułku i 115 Pułku wzmocniły już walczące na lądzie oddziały. Zadania, jakie miały wykonać jednostki amerykańskie lądujące na plaży „Omaha”, nie zostały zrealizowane. Udało im się przeniknąć tylko na 1,5 km w głąb wybrzeża, a nie na 5 km, jak planowano. Oddziały dotarły wprawdzie do drogi Colleville – Vierville, ale znajdowała się ona pod ogniem niemieckim i nie można było z niej korzystać. W obrębie przyczółka o szerokości 7 km pozostało sporo niemieckich punktów oporu. Ponadto lądujące wojska amerykańskie poniosły bardzo duże straty przekraczające ponad 3 tysiące zabitych i rannych.

Trzydzieści lat po D-Day generał Omar Bradley napisał: „Plaża „Omaha” była koszmarem. Jeszcze teraz wspomnienia o tym, co działo się na niej 6 czerwca 1944 roku są bardzo bolesne. Wracałem tam wiele razy, by oddać honor mężnym ludziom, którzy zginęli na tej plaży. Nigdy nie powinni zostać zapomniani. Podobnie jak ci, co przeżyli, by nosić w sobie wieczną ranę. Wszyscy, którzy postawili tego dnia stopę na plaży „Omaha”, byli bohaterami”.

Wykorzystano wspomnienia uczestników znajdujące się następujących publikacjach:

S. E. Ambrose, D-Day 6 czerwca 1944: Przełomowa bitwa II wojny światowej, Warszawa 1999

R. J. Kershaw, D-Day: Przełamanie Wału Atlantyckiego, Warszawa 2000

Wyjaśnienie pojęć

Sherman DD – średni czołg pływający z pięcioosobową załogą.

LCI – Landing Craft Infrantry – jednostka przeznaczona do przewozu piechoty.